#67 – Jan Skwara

12 listopada 2020, Author: Szymon Kasolik

 

Jan Skwara – fotograf podróżnik. Laureat „Leica Street Photo”, „Travel photographer of the Year”. Jak sam przyznaje musiał przełamywać swoją nieśmiałość, żeby zacząć fotografować w taki sposób, jak dzisiaj. Sfotografował cykl o Aghori – tajemniczej hinduiskiej sekcie. Upodobłał sobie kolorowe święta na całym świecie.

fot. Witek Pietrzak


Jak Skwara w sieci: 

www.janskwara.com

@janskwara_photo

Jan Skwara – Travel Photography


Zostań Patronem Podcastu!

Dzięki Patronom:

Mariusz Morawski

Łukasz Lewandowski


Jan Skwara: Moje zainteresowanie buduje więź między mną, a osobą fotografowaną. To zdjęcie może być wtedy intymniejsze.

 

W obecnych czasach nie można podróżować, jakby ktoś nas słuchał w dalekiej przyszłości. Dziś jest 3 listopada 2020 i trwa pandemia. Więc może popodróżujemy dziś wirtualnie, a naszym przewodnikiem będzie Jan Skwara. Cześć Janku!

Cześć wszystkim!

– Jesteś fotografem podróżniczym. Powiedz mi, jak Ty sobie radzisz w tych czasach?

Plusem jest to, że mogłem wreszcie zacząć przeglądać moje bardzo obszerne archiwum fotograficzne. Ja mniej więcej 7 miesięcy w roku spędzam na wyjazdach, dlatego te zdjęcia się gromadzą. Teraz mam chwilę, aby sobie o niektórych z nich przypomnieć.

– Miałeś sporo planów na podróże w tym roku?

Planów było dużo i większość tego roku miałem spędzić za granicą. Z miesiąca na miesiąc te wyjazdy zostawały odwoływane.

Człowiek w fotografii jest dla mnie najważniejszy

– Sięgając do początków: jak to się stało, że złapałeś za aparat?

Jak w wielu historiach był to ciąg różnych przypadków, który doprowadził mnie do tego miejsca w którym jestem. Sama fotografia pojawiła się w moim życiu już gdzieś w czwartej klasie, gdy chodziłem na kółko fotograficzne. Biegaliśmy z Zenitami i wywoływaliśmy zdjęcia w ciemni, więc myślę, że już wtedy ten bakcyl fotograficzny został zaszczepiony. Później odłożyłem aparat na wiele lat. Dopiero na studiach zacząłem działać ponownie, choć było to bardzo amatorskie. Po studiach, gdy założyłem firmę, za pierwsze zarobione pieniądze poleciałem do Tajlandii. Był to mój pierwszy tak daleki wyjazd. Wziąłem ze sobą aparat i stwierdziłem, że połączenie podróży i fotografii to coś, co sprawia, że czuję się fantastycznie. Od tamtej pory wiedziałem, że nie będę mógł już podróżować bez aparatu. Kiedy mój poziom fotograficzny wzrósł, okazało się, że zdobywam wyróżnienia w konkursach, a moje zdjęcia są wystawiane na świecie. Wtedy postanowiłem rozwinąć te fotowyprawy. W świecie bez pandemii moim głównym zajęciem jest organizowanie warsztatów fotograficznych w różnych zakątkach świata.

– Pamiętasz dlaczego poczułeś się dobrze wykonując właśnie fotografię podróżniczą?

Fotografia podróżnicza to bardzo szerokie pojęcie, bo i w tej fotografii można rozróżnić inne podgatunki. Ja najbardziej lubię fotografię reporterską i dokumentalną. To, że mogę być z aparatem w takich ciekawych miejscach pozwala mi opowiadać historię, a ja bardzo lubię opowiadać i dokumentować. Jestem uczestnikiem różnych wydarzeń i dzielę się tym, co tam przeżywam.

– Na Twoich zdjęciach dominuje człowiek. Powiedz, jak wejść w relację, przełamać barierę i zrobić piękny portret?

Ja byłem bardzo nieśmiały. Z tej pierwszej wyprawy do Tajlandii, która trwała 6 tygodni, przywiozłem zaledwie jeden portret. Wtedy w ogóle nie przypuszczałem, że będę fotografował ludzi. To było dla mnie krępujące. Natomiast kiedy pojechałem do Indii, gdzie ludzie są otwarci i czasami sami dopominają się o zdjęcie, poczułem, że człowiek w fotografii jest dla mnie najważniejszy. Krajobrazy nie dają mi takiej adrenaliny jak kontakt z człowiekiem.
Mimo wszystko nadal miałem opory, dlatego ustalałem sobie ćwiczenie, że danego dnia muszę wykonać jakąś ilość portretów i chodziłem po ulicy, aby je zrobić. Oczywiście nie wszyscy fotografowani wchodzą ze mną w interakcję, ale trzeba to zrozumieć, że nie każdy chce. Kiedy nie znam języka, to wykorzystuję szeroki uśmiech.

Fotografia to taka dziedzina sztuki, która wymaga skupienia i odpowiedniego stanu umysłu.

jan-skwara

– Pokazujesz wtedy jakoś, że chcesz zrobić zdjęcie? Pokazujesz aparat?

Trzeba tutaj rozróżnić dwa rodzaje. Albo działam w trybie reporterskim, gdzie niemożliwe jest zapytać każdego o zgodę na zdjęcie, albo robię komuś portret wchodząc już w jego sferę prywatną. Wtedy się uśmiecham, pokazuję na aparat i ta osoba albo kiwnie, że tak, albo, że nie. Gdy robiłem zdjęcia w Birmie miałem ze sobą przewodnika w tych plemionach. Starałem się porozmawiać z każdym, kogo fotografowałem. Wiem jak ci ludzie się nazywają, ile mają dzieci, czym się zajmują. Robiłem notatki. Dzięki temu nie jestem tylko turystą, ale wchodzę w rolę dokumentalisty. Moje zainteresowanie buduje więź między mną, a osobą fotografowaną. To zdjęcie może być wtedy intymniejsze.

– A zdarza się, że obdarowujesz ich tymi fotografiami?

Bardzo często pokazuję zdjęcia, a jeżeli wiem, że wrócę w dane miejsce po jakimś czasie, to wywołuję zdjęcia, odnajduję ludzi i daję im odbitki.

– Czy czasem pojawia się jeszcze u Ciebie dyskomfort w związku z komunikacją przed fotografowaniem?

Zdarza się. Czasem muszę wejść w tryb do fotografowania, szczególnie, gdy odwiedzam kraj w którym jeszcze nie byłem. Muszę wyczuć jak ludzie reagują na aparat i jak nawiązuje się z nimi kontakty. Idę na spacer i obserwuję, w ten sposób się wdrażam. Fotografia to taka dziedzina sztuki, która wymaga skupienia i odpowiedniego stanu umysłu. Ja też muszę w ten stan wejść.

– Jak wygląda Twoje przygotowanie do podróży?

Ja swój plan zaczynam nietypowo, bo od odnalezienia sobie święta. Lubię fotografować ceremonie, zwyczaje i kulturę. Gdy coś ciekawego wpada mi do głowy, to sobie notuję. Gdy chcę wyjechać to wyszukuję co, gdzie, w jakim terminie jest i wokół danego wydarzenia dodaję tematy do fotografowania i planuję podróż. Niekiedy moja trasa powstaje gdy jestem w samolocie, a czasem pod wpływem rozmowy z miejscowymi. Jestem elastyczny. Gdy ktoś mi powie o czymś ciekawym, jestem w stanie zmienić plan.

– Jak się czujesz, gdy fotografujesz smutniejsze sytuacje?

Niektóre rytuały, które oglądam, są bardzo szokujące, szczególnie, gdy zawierają w sobie ofiary ze zwierząt. Na przykład święto w Boliwii, gdzie górnicy dwa razy w roku zabijają lamy, żeby zapewnić sobie obfite zbiory srebra. Zabijane jest tam kilkadziesiąt lam, a ich krew jest wylewana na ściany domów i kopalń. To wygląda wstrząsająco. Mam taką zasadę w podróży, że nie oceniam. Nie mam takiej wiedzy, żeby wyrażać swoje opinie. Przyjmuję maskę kogoś, kto przyjeżdża po to, aby to udokumentować i pokazać, bez nadawania temu osobistych przemyśleń.

– Bałeś się fotografować Aghori – Indyjskich ascetów?

Znalazłem przewodnika, który mnie do nich wprowadził. Porozmawiał z nimi, żeby zgodzili się zrobić sobie zdjęcie. To są ludzie, którzy są oderwani od tego, do czego my jesteśmy przyzwyczajeni. Niektórzy sprawiają wrażenie szalonych. Jeden z tych, których fotografowałem, potrafił pozować, a za chwilę zerwać się i gonić przechodzących ludzi. Po chwili wracał i siadał.

Ich szokujące praktyki polegają na pokonaniu ludzkich ograniczeń.

jan-skwara

– To był Twój pomysł, żeby ich sfotografować?

Jeżdżę do Indii od 9 lat, a o Aghori usłyszałem dopiero po 7 latach. Ten kraj za każdym razem otwiera przede mną coś nowego.

– Jak znajduje się takiego przewodnika, który przekonuje daną ludność, żebyś mógł do nich wejść?

W Waranasi, czyli w świętym indyjskim mieście jest sporo Aghori. Jest też dużo takich, którzy udają, ponieważ chcą zarobić. Dla pewności postanowiłem pójść i poszukać u źródeł, czyli w okolicy stosów pogrzebowych. Tam są tacy przewodnicy bez licencji. Pewna kobieta z miasta, w którym się zatrzymałem poleciła mi jednego z takich chłopaków, który tam wszystkich zna. Poszedłem do niego. On poznał mnie z mężczyzną, który był pół–Aghori. Dwa dni negocjowaliśmy, aby ustalić opłatę za przewodnictwo.

– Jak reagowali na Ciebie Aghori?

Zadziwiająco bez emocji. Z niektórymi zamieniłem parę słów, a reszta wydawała się być nieobecna i niezaciekawiona żadną interakcją. Może to i dobrze, bo znam historię osób próbujących się do nich dostać na własną rękę. Byli obrzucani kośćmi i innymi nieczystościami.

– Ile czasu musisz spędzić, żeby wrócić i powiedzieć „mam to!”.

U Aghori byłem 2 dni. Zrobiłem serię zdjęć, z których byłem zadowolony. Ale robię też projekty wieloletnie, więc wiem, że ja do nich wrócę. Gdy mam wrażenie, że poznałem tylko tę wierzchnią warstwę spróbuję być u nich na dłużej.

– Czy u nich codzienne życie wygląda normalnie?

To nie jest jednorodna grupa. Można wyróżnić ortodoksyjnych Aghori, którzy całe życie spędzają jako asceci. Wyrzekając się człowieczeństwa, ludzkich potrzeb i popędów, przestają być człowiekiem. Oni zbliżają się do bogów. Ich szokujące praktyki polegają na pokonaniu ludzkich ograniczeń. Jedną z takich praktyk jest konsumpcja ludzkiego mięsa, która służy pokonaniu obrzydzenia. To jeden z elementów wyzwolenia się z człowieczeństwa. Są też grupy ascetów, którzy prowadzą normalne życie, a tylko podczas świąt uczestniczą wraz z grupą w jakichś ceremoniach. Są też Aghori współcześni, którzy prowadzą normalne życie. Zakładają szkoły dla biednych dzieci czy szpitale dla trędowatych.

– Ostatnio na swoim Facebooku pokazałeś zdjęciami jak Święto Zmarłych wygląda w Meksyku. Jak analizujesz inną kulturę takiego wydarzenia?

Przygotowania polegały na tym, żeby znaleźć gdzie i kiedy są jakie obchody, aby nie przegapić parady. Najpierw byłem u Indian, potem w Meridzie. Kluczem było zdobyć informację o trasie i o tym, kiedy wszystko się zaczyna. A przygotowując się do Aghori przeczytałem parę książek. Więc to zależy, czy czuję, że temat wymaga większego zrozumienia.

Najważniejsze w fotografii jest myślenie o zdjęciach na kilku płaszczyznach.

jan-skwara

– Chciałbyś podzielić się jakąś niebezpieczną, lub dla kontrastu, zabawną historią?

Mam taką i taką. Zabawna wydarzyła się, gdy byłem w Kerali na wojskowym święcie. To jest tak, że jak w wiosce jest 50 osób i pojawia się biały, to cała uwaga skupia się na nim, a nie na święcie, które się odbywa. Uśmiechamy się do siebie, ściskamy ręce, święto trwa. Pod koniec tego święta, jeden z mężczyzn, który próbował mnie w międzyczasie zagadywać, zaczął mnie odciągać od grupy. Zaciągnął mnie do swojego domu, otwarł drzwi i zawołał swoją córkę. Okazało się, że chce mnie wyswatać!

Z mniej przyjemnych sytuacji to pamiętam gdy w Himalajach próbowałem robić zdjęcie dwóm młodym mnichom. Ci mnisi przez pół roku byli zamknięci w klasztorze i medytowali. Gdy zostali wypuszczeni to biegali po całym klasztorze i nie można było im w tym przeszkadzać, a ja w tym momencie wyskoczyłem z aparatem. Za to dostałem kijem w głowę od pana pilnującego porządku.

– Jak polecałbyś zacząć przygodę z podróżowaniem?

Oczywiście polecałbym zacząć od fotowyprawy ze mną (śmiech). Ja zacząłem zupełnie spontanicznie i nie jest to złe rozwiązanie. Jeżeli nie ma budżetu to trzeba spojrzeć w kierunku Azji Południowo-Wschodniej, która jest tanim kierunkiem. Trzeba mieć odwagę i po prostu to zrobić.

– Fotografujesz także na mokrym kolodionie. Czy to jest Twoja odskocznia od podróży, czy zabierasz ze sobą ten wielki, drewniany aparat?

Mam z nim plany podróżnicze. Najtrudniejszą kwestią jest chemia wykorzystywana w tej technice. Jest ją ciężko zdobyć, jest łatwopalna, wybuchowa i może być wykorzystywana do produkcji materiałów wybuchowym. Może być ciężka do zdobycia w wielu krajach.
Zabrałem ze sobą aparat wielkoformatowy do Birmy i tam fotografowałem na formacie 13×18.
W kolodionie zachwycił mnie obraz, który dzięki niemu powstaje. Dodatkowo potrzebowałem zwolnić. Chciałem mieć coś, co da mi efekt od razu a nie będę musiał miesiącami czekać, aby do tego wrócić.

jan-skwara

– Jaki sprzęt zabierasz w podróże i jak go zabezpieczasz?

Zazwyczaj mam ze sobą lustrzankę i trzy obiektywy. Na to mam torbę z pasem biodrowym. Czasem zabieram też jakiś tani statyw, którego nie będzie mi żal jeżeli się połamie.

– Obróbka materiału z podróży to dla Ciebie przyjemne zajęcie?

Z podróży niespecjalnie długiej przywożę od 5 do 10 tysięcy zdjęć. Nie znoszę selekcji i obróbki i robię to, bo muszę.

– Tradycyjnie poproszę Cię o poradę fotograficzną.

Najważniejsze w fotografii jest myślenie o zdjęciach na kilku płaszczyznach. Patrzeć przez wizjer w taki sposób, aby elementy w zdjęciu były ułożone świadomie, żeby za tym co widzimy stał proces myślowy. Myśleć podczas robienia zdjęć, ale też podczas oglądania. Jeśli zaczniemy myśleć o zdjęciach, to jesteśmy w stanie się rozwijać.

– Czy masz jakieś marzenie fotograficzne?

Nie zdradzę, bo nie chcę zapeszać, ale mam nadzieję, że jak zaprosisz mnie za rok to będę w stanie pochwalić się swoimi zrealizowanymi projektami.

– Dziękuję Ci za poświęcony czas!

Dzięki wielkie!

jan-skwara


Wszystkie zdjęcia wykorzystane za zgodą autora. 

Posłuchaj tego odcinka: Paweł Roman